08.03.2018

Syndrom Stendhala


W 1811 r. francuski pisarz Marie-Henri Beyle (pseudonim Stendhal) udał się w podróż do włoskiej Florencji. Niestety bliższy kontakt z licznymi atrakcjami miasta skończył się dla niego m.in. gorączką i zawrotami głowy. Co je wywołało? Odpowiedź może być całkiem zaskakująca…

 

 

Uwaga na sztukę!

 

Tematem – 168 lat później – zainteresowała się doktor Graziella Magherini. Zauważyła ona duże podobieństwo między relacją Stendhala, a dolegliwościami, z którymi zmaga się część turystów – tak, Beyle nie był odosobnionym przypadkiem.

 

Dzięki dalszym badaniom, syndrom Stendhala sklasyfikowano jako jedno z nerwicowych zaburzeń somatoformicznych. Przejawia się ono przyśpieszonym biciem serca, napadami zimna i gorąca, zawrotami głowy, a nawet halucynacjami – będącymi reakcją na… sztukę. Mówiąc dokładniej, chodzi o natłok cenionych dzieł na dość małej przestrzeni.

 

 

Niebezpieczna Florencja

 

Co ciekawe, zaburzenie to najczęściej występuje we wspomnianej już Florencji i dotyka lubiących podróżować wrażliwców. Warto także dodać, że nie bez znaczenie jest zgromadzony wokół obrazów czy rzeźb tłum. Zdaniem wielu naukowców syndrom wywoływany jest bowiem wspólne oddziaływanie silnych wrażeń estetycznych i emitowanego przez oglądających hałasu. Dość pokrewnym zjawiskiem jest tzw. przesyt wyboru, mogący stanowić swoistą reakcję na ogrom produktów, które dostrzegamy w marketach i galeriach handlowych.

 

 

Jaki z tego wniosek? Nawet sztuka, w zbyt dużych dawkach, może nam naprawdę zaszkodzić. Nie należy więc brać na siebie więcej (bodźców) niż możemy unieść (w tym wypadku: przeanalizować).